Apostołowie przejmują misję Jezusa

XV Niedziela zwykła
15.07.2012
Am 7, 12-15
Ef 1, 3-14 (krótsza perykopa: Ef 1, 3-10)
Mk 6, 7-13

Apostołowie przejmują misję Jezusa. Warunkiem wypełnienia tej misji jest znajomość strategii Mistrza. Dlatego tak cenne są Jego pouczenia.

Mają skoncentrować się na ewangelizacji.
Zabrać to, co niezbędne.
Zostawić to, co niepotrzebne.

Nie zabierać ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie.
Zabezpieczenia, obciążenia zostawić.

Zabrać sandały i suknię, które symbolizują wolność i godność. To jest potrzebne.

Sandały.
Nosili je wolni. Tylko wolni mogą uwalniać. Przejmować misję Jezusa. On posługiwał się ubogimi środkami. Cała Dobra Nowina to głoszenie: jesteś wolnym dzieckiem Boga.

Suknia, tunika, szata.
To przypomnienie: pamiętaj o swojej godności. O tym, co cię określa, pomaga odczytać swoją tożsamość. Musisz mieć poczucie własnej godności, by innym mówić o ich godności.

Jeśli pójdziesz boso, z dwiema tunikami, to pójdziesz jako niewolnik do niewolnika, z przerostem poczucia własnej wartości. Druga tunika może też oznaczać brak zaufania, lęk, pragnienie zabezpieczenia się – tak na wszelki wypadek.

Potrzebni są ci, którzy będą nieść przesłanie Dobrej Nowiny, która brzmi: jesteś wolnym dzieckiem Boga. Dotyczy to powołanych do kapłaństwa. Ale nie tylko.

Robert „Litza” Friedrich.
Dla Roberta Friedricha, założyciela zespołu Arka Noego, największą wartością jest to, że nawet podczas tras koncertowych może mieć całą rodzinę przy sobie, bo wszyscy są zaangażowani w działalność Arki. W jednym z udzielonych wywiadów wyznaje:

20 lat temu, na pierwszej randce, Dobrochna, moja przyszła żona, obiecała mi, że urodzi mi siedmiu synów, więc trochę się pomyliła – mamy już cztery córki. Ale to rzeczywiście niesamowita historia. To była nasza pierwsza „oficjalna” randka i byłem skłonny uwierzyć we wszystko, co sobie obiecywaliśmy. Ale potem życie zaczęło trochę weryfikować nasze marzenia.

Czwarte dziecko straciliśmy. To było bardzo ciężkie doświadczenie. Pierwsze po moich operacjach zastawek serca. I właśnie wtedy, kiedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo kruche jest życie. Widziałem ludzi, którzy umierali niemal na moich oczach. Mnie też dawano minimalne szanse na przeżycie operacji. Pierwsza się nie powiodła i kiedy przed drugą odwiedziła mnie żona z trzema córkami, wiedziałem, że one nie przyszły mnie odwiedzić, ale pożegnać się ze mną. Ale widocznie Bóg uznał, że jeszcze jestem im potrzebny tu, na Ziemi. Zostawił mnie przy nich, a ja dowiedziałem się, że życie to nie żarty i że każdy moment jest ważny.

Bóg ulżył nam w cierpieniu. Potem na świat przyszła Franciszka i jest ona dla nas takim dzieckiem pocieszenia.

Odkryłem, że moim powołaniem jest być mężem, a potem ojcem. Był taki moment podczas koncertu Acidów w Rzeszowie, kiedy to wszystko do mnie dotarło. W połowie występu zapytałem siebie: „Co ja tutaj robię?”. Zaraz potem odszedłem od zespołu. Stwierdziłem, że nie muszę nigdzie jeździć ani za niczym gonić, aby znaleźć w życiu szczęście. Odkryłem, że ono czeka na mnie w domu. Uznałem, że zdecydowanie bardziej wolę być przy mojej żonie, pić z nią kawę w kuchni. Odkryłem, że są ważniejsze rzeczy niż nawet najlepszy zespół.

Bardzo martwiłem się tym, z czego będziemy żyli. Pocieszałem się, że poza grą na gitarze ja zawsze pracowałem fizycznie. Ale nie miałem żadnych wątpliwości, że postąpiłem słusznie. Tak jak Abraham, który w jednej sekundzie bez wahania porzucił wszystko, co miał, i wyruszył. Ja także wyruszyłem. W zamian dostałem dużo więcej. Mimo, że były w naszym życiu takie momenty, gdy nie mieliśmy nic. Mieszkaliśmy z kilkorgiem dzieci kątem u kogoś. Ale to nie znaczy, że wtedy byliśmy mniej szczęśliwi niż teraz, kiedy mamy ładny dom i samochód, w którym się wszyscy mieścimy, mamy za co pojechać na wakacje i mamy komfort tego, że możemy pomagać innym.

Zarówno ja, jak i moja żona pochodzimy z rozbitych rodzin i dobrze wiemy, ile to rodzi nieszczęść i cierpień. Chcieliśmy, żeby nasze życie wyglądało inaczej, tylko nie bardzo wiedzieliśmy, jak to zrobić. Pojawił się wtedy pomysł, że może Pan Bóg jest, a nasz sakrament ma moc i można się na tym oprzeć. Nie zawiedliśmy się.

Mamy poważne obowiązki wobec dzieci. Mam powinność nie tylko je wychować, ale też przekazać im wiarę. One, idąc w świat, powinny wiedzieć, że Pan Bóg jest tym, który zawsze wspiera człowieka w jego drodze, w jego historii życia, czasami nawet trudnej. I tylko z Nim człowiek może odnaleźć swoją godność i prawdziwe wartości.

Wystarczy ten cud, że mam żonę i dzieci.

Bóg jest specjalistą od rzeczy niemożliwych, ze zła robi dobro, ze śmierci – życie.

Dzisiaj rodzice zabiegają przede wszystkim o zabezpieczenie potrzeb materialnych. Ale umyka im to, co jest istotą sprawy. Nie mają czasu dla dzieci, dla siebie. To nie prowadzi do osiągnięcia szczęścia. Znamienny jest fakt, że największy odsetek samobójstw odnotowuje się w społeczeństwach o wysokim wskaźniku PKB. Okazuje się, że nawet z ubogich, wielodzietnych rodzin wyrastają szczęśliwi ludzie. Wystarczy, że są tam rodzice wewnętrznie wolni, dobrze odczytujący swą tożsamość, którzy potrafili na swoją drogę małżeńskiego życia zabrać to, co niezbędne, zostawić to, co niepotrzebne.

Warto podjąć zaproszenie do ubrania sandałów i tuniki. Trzeba je odnowić, pozaszywać.
Sandały nosili wolni, bo tylko wolni mogą uwalniać.
Trzeba mieć poczucie własnej godności, by innym mówić o ich godności.

  Suknia, tunika, szata przypominają: pamiętaj o swojej godności.
O tym, co cię określa, pomaga odczytać swoją tożsamość.
A doświadczysz, że Bóg jest specjalistą od rzeczy niemożliwych,
ze zła robi dobro, ze śmierci – życie.

ks. Arkadiusz Okroj

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterEmail this to someone